Patologiczny indywidualizm – od wolności do kultu jednostki, pułapka współczesności.
Zapraszamy do lektury artykułu z naszego „Kącika psychologicznego”. Co jakiś czas, wraz z nowym numerem Miesięcznika PIN, podejmujemy w nim ważne tematy psychologiczne, socjologiczne i społeczne. Tym razem o zjawisku, które dotarło do nas z Zachodu i którego często nie potrafimy zauważyć.
Współczesny świat, szczególnie Zachód i coraz wyraźniej także Polska, postawił jednostkę na piedestale. „Bądź sobą”, „żyj po swojemu”,„samorealizacja”, „rób, co daje ci szczęście”, „to ty i twoje potrzeby są najważniejsze”, „liczy się tylko twoje szczęście”. Te zwroty słyszymy non stop: w reklamach, na TikToku, Instagramie, FB, w podcastach motywacyjnych, w rozmowach z przyjaciółmi. To już nie tylko moda. To sposób myślenia o życiu, który zdominował ostatnie kilkadziesiąt lat. Psychologowie i socjologowie nazywają to wzrostem indywidualizmu, a w obecnej, najostrzejszej formie określają jako hiperindywidualizmem. Coraz więcej ludzi żyje tak, jakby najważniejsze na świecie było ich własne „ja”. Ich potrzeby, ich komfort, ich wyjątkowość, ich sukces, ich uczucia. Relacje, rodzina, sąsiedzi, wspólnota, to wszystko schodzi na dalszy plan albo staje się dodatkiem do „projektu ja”.
Na pierwszy rzut oka brzmi to atrakcyjnie. W końcu nikt już nie chce wracać do czasów, kiedy rodzice, ksiądz, wujek albo sąsiadka decydowali, z kim się ożenisz, jaki zawód wybierzesz i jak masz żyć. Wolność wyboru, możliwość decydowania o sobie, szansa na rozwój, to ogromne zdobycze. Problem zaczyna się wtedy, gdy wolność przeradza się w przekonanie, że „ja” jest ważniejsze od wszystkiego i wszystkich. Że moje szczęście jest ważniejsze niż uczucia rodziców, stabilność związku, dobro dzieci czy nawet zwykła życzliwość wobec sąsiada.
Jeśli spojrzymy na ten sposób myślenia i na to podejście z perspektywy biologii i ewolucji, sprawa robi się bardzo czytelna. Życie na Ziemi zaczęło się jakieś 4,2-3,8 miliarda lat temu od prostego jednokomórkowca – ostatniego wspólnego przodka wszystkiego, co żyje – nazywanego LUCA (skrót odLast Universal Common Ancestor czyli Ostatni Uniwersalny Wspólny Przodek). Od tamtej pory przetrwały i rozwinęły się przede wszystkim organizmy, które potrafiły współpracować. Po każdym wielkim kataklizmie, a było ich kilka, np. wymieranie permskie czy kredowe, najszybciej odbudowywały się gatunki żyjące w grupach. Najbardziej spektakularne przykłady to mrówki, pszczoły, termity – tzw. eusocjalne społeczności, w których jednostka praktycznie nie istnieje poza rolą w grupie. Samotny osobnik prawie nigdy nie wygrywa na długim dystansie. Ewolucja nagradza tych, którzy potrafią tworzyć stabilne, współpracujące struktury.
U ludzi przez tysiące lat było podobnie. Postęp cywilizacyjny nie wziął się z samotnych geniuszy (choć oni też byli ważni oczywiście), tylko z tego, że ludzie umieli się organizować – budować wioski, miasta, armie, cechy, uniwersytety, fabryki, tworzyć rodziny, tworzyć wspólnoty religijne i społeczne. Współpraca, zaufanie, wzajemna pomoc, to był fundament. Dopiero w epoce nowożytnej, a szczególnie od rewolucji przemysłowej, zaczęto mocno podkreślać jednostkę. Najpierw jako walkę z uciskiem – wolność od feudalizmu, od absolutyzmu, od sztywnych kast. To był zdrowy indywidualizm. Ale z czasem przekształcił się w coś innego, w przekonanie, że najważniejsze jest „ja chcę”, „ja czuję”, „ja mam prawo”.
Dziś mamy już patologię tego procesu. Kapitalizm, globalizacja, Internet, media społecznościowe pompują hiperindywidualizm na potęgę. Każdy jest marką osobistą, każdy musi się wyróżniać, każdy ma być „wyjątkowy”. W efekcie więzi stają się kruche. Ludzie łatwiej odchodzą z małżeństwa, bo „już mnie nie uszczęśliwia”. Łatwiej zrywają przyjaźnie, bo „coś mi nie pasuje”. Łatwiej zostawiają rodziców na lodzie, bo „muszę żyć po swojemu”. Badania pokazują, że w krajach o najwyższym indywidualizmie (USA, kraje skandynawskie, coraz bardziej niestety też Polska) rośnie liczba rozwodów, samotnych rodziców, osób nigdy nie wychodzących za mąż/żeniących się, jednoosobowych gospodarstw domowych. Rośnie też liczba ludzi, którzy w wieku 30-40 lat mówią otwarcie: „nie chcę dzieci, bo chcę żyć dla siebie”.
To nie jest tylko kwestia wyboru stylu życia. To ma bardzo konkretne skutki.
Po pierwsze – epidemia samotności. Światowa Organizacja Zdrowia nazywa chroniczną samotność jednym z największych zagrożeń zdrowotnych XXI wieku, na równi z paleniem papierosów czy otyłością. Ludzie, którzy stawiają „ja” ponad wszystko, bardzo często kończą w izolacji. Nie potrafią budować trwałych więzi, bo każdy konflikt odbierają jako zagrożenie dla swojej autonomii. Nie potrafią iść na kompromis, bo kompromis kojarzy im się z utratą wolności. W efekcie – depresja, lęki, stany lękowo-depresyjne, wzrost liczby samobójstw, a nawet choroby fizyczne, bo co udowadnia niepodważalnie medycyna, to to, że przewlekły stres i brak bliskości osłabiają odporność, zwiększają ryzyko chorób autoimmunologicznych, chorób serca, a niektóre badania wiążą samotność nawet z wyższym ryzykiem niektórych nowotworów.
Po drugie – demografia. Kraje, w których dominuje myślenie „najpierw ja, potem ewentualnie rodzina”, po prostu się nie odtwarzają. Współczynnik dzietności w Polsce od lat utrzymuje się na poziomie 1,2-1,4 – czyli mniej więcej połowa tego, co potrzebne, żeby populacja się nie kurczyła. Społeczeństwo bardzo szybko się starzeje. Coraz więcej osób będzie żyło samotnie na starość. System emerytalny i opieka zdrowotna mogą nie wytrzymać obciążenia. A to nie jest tylko efekt niskich zarobków czy drogich mieszkań – badania demografów pokazują, że równie silnie działają zmiany wartości i odejście od wzorca „rodzina to obowiązek i sens życia” do „rodzina to opcja, jeśli mi pasuje”.
Po trzecie – kapitał społeczny. Robert Putnam w książce „Bowling Alone” opisał, jak w USA od lat 70. ludzie coraz rzadziej spotykają się w realu: mniej wolontariatu, mniej kół zainteresowań, mniej sąsiedzkiej pomocy, mniej zaufania do innych. W Polsce ten proces też postępuje – młodzi dorośli coraz rzadziej angażują się w organizacje, ruchy, nawet zwykłe rozmowy z sąsiadami. Zamiast tego – ekran, algorytmy, lajki od nieznajomych. To daje złudzenie bycia w kontakcie, ale w rzeczywistości więzi są coraz płytsze.
Czasem słyszy się zarzut, że krytyka indywidualizmu, to atak na wolność. Ale przecież nikt rozsądny nie chce odbierać ludziom prawa do samostanowienia. Chodzi o coś innego – o równowagę. Człowiek nie jest samotną wyspą, czy pojedynczym satelitą na orbicie. Żyje w relacjach: z rodzicami, partnerem, dziećmi, przyjaciółmi, współpracownikami. Kiedy „ja” staje się absolutem, te relacje zaczynają pękać. A wtedy cierpią wszyscy – i ten, kto postawił na absolutną autonomię (bo zostaje sam), i ci wokół niego (bo tracą syna/córkę, męża/żonę, przyjaciela).
Psychologia małżeństw jest tu bardzo jednoznaczna. John Gottman, który przez dekady badał tysiące par, mówi wprost: trwały związek to nie brak kłótni, tylko umiejętność kłócenia się z szacunkiem i stawianie dobra relacji ponad chwilową satysfakcją „ja mam rację”, „ja tak chcę”. Kiedy ktoś wchodzi w związek z nastawieniem „masz mnie uszczęśliwiać, a jak nie – to do widzenia”, to relacja jest praktycznie skazana na porażkę. To logika rynku, a nie miłości.
Podobnie z rodziną. Rodzina to nie dodatek do kariery i samorealizacji. To miejsce, w którym buduje się przyszłość – nie tylko swoją, ale też następnego pokolenia. Kiedy młodzi ludzie odrzucają ten wymiar, tłumacząc się „chcę żyć dla siebie”, „chcę żyć po swojemu”, to w dłuższej perspektywie przegrywają wszyscy: oni sami (bo czeka ich wizja starości w samotności), ich rodzice (bo nie mają wnuków i wsparcia), społeczeństwo (bo kurczy się populacja i słabną systemy międzypokoleniowej solidarności).
Oczywiście, nie chodzi o powrót do dawnych, sztywnych ról, w których jednostka nie miała głosu. Chodzi o odzyskanie proporcji. Można być sobą – i jednocześnie być dla kogoś. Można realizować marzenia – i pamiętać, że robi się to w sieci relacji, w szczególności relacji tych realnych, fizycznych z rodziną lub przyjaciółmi, a nie zza klawiatury komputera. Można cenić wolność – i rozumieć, że prawdziwa wolność istnieje tylko tam, gdzie jest zaufanie i wzajemność.
Ewolucja nie wybiera samotników. Społeczeństwa też nie przetrwają, jeśli zapomną, że „my” jest warunkiem długiego trwania „ja”. Najważniejsze pytanie nie brzmi: „czy wolno mi być sobą?”. Brzmi: „czy potrafię swoje „ja” włączyć w większe „my” bez którego ani kultura, ani my sami nie damy rady przetrwać dłużej niż kilka pokoleń.
Wracając do historii ewolucji życia na Ziemi, aż ciśnie się na usta pytanie, czy ten nowoczesny, kapitalistyczny indywidualistyczny i konsumpcyjny styl życia, to nie jest czasem pierwszy krok do masowego wymierania? Czy nasza rozwinięta, nowoczesna cywilizacja zachodu, cywilizacja „wolności” i samorealizacji przetrwa?
Źródła:
1. Erich Fromm, Mieć czy być. Wydawnictwo Rebis, Poznań 1995.
2. Urbanek, J. Filozofia E. Fromma na podstawie Ucieczki od Wolności. Medycyna Nowożytna, 2006, t. 13, nr 1-2, s. 137-170.
3. Jacek Sierdzań praca zbiorowa „Narcyzm: Jednostka-Społeczeństwo-Kultura” wyd. Uniwersytet w Białymstoku, 2011. Rozdział A. Klimczuk „Eksperci i narcyzm kulturowy – próba analizy wzajemnych relacji” (ss. 218-255)
4. Piotr Kryczka, praca zbiorowa „Rodzina w zmieniającym się społeczeństwie” (RW KUL, Lublin 1997)
5. Gottman, J. (2014). Siedem zasad udanego małżeństwa (wyd. pol.). Kraków: Wydawnictwo UJ.
6. Hofstede, G. (2000). Kultury i organizacje. Zaprogramowanie umysłu (wyd. pol.). Warszawa: PWE.
7. Kotowska, I. E. (red.) (1999). Przemiany demograficzne w Polsce w latach 90. Warszawa: SGH.
8. Mariański, J. (2014). Kondycja religijna i moralna młodzieży polskiej. Lublin: Wydawnictwo KUL.
9. Putnam, R. D. (2008). Samotna gra w kręgle (wyd. pol.). Warszawa: Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne.
10. Rządowa Rada Ludnościowa (2025). Raport o sytuacji demograficznej Polski https://rrl.stat.gov.pl/wydarzenia/nowy-raport-RRL.
