Tak się zastanawiam, czy czytelnicy PIN i czytelnicy strony projektblonie.pl znają historię teresińskiego pałacu? Część pewnie zna, część pewnie nie zna, a historia pałacu skrywa tajemnicze morderstwo jego właściciela. Poszperałam trochę, aby znaleźć i opisać Wam fascynującą historie.
Ale od początku….
Pałac w Teresinie skrywa historię znacznie bardziej złożoną, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Dzisiejsza rezydencja nie jest bowiem pierwszą, która stanęła w tym miejscu. Jej fundamenty pamiętają wcześniejszy pałac, wzniesiony w połowie XIX w. przez Hermana Epsteina – bankiera i przemysłowca, pioniera przemysłu cukrowniczego, jednego z przedstawicieli finansowej elity ówczesnego Królestwa Polskiego. Tamta budowla, zaprojektowana przez Adolfa Loewego, pozostaje dziś niemal całkowicie zapomniana – nie zachowały się ani jej opisy, ani wizerunki. Dopiero jego syn, Mieczysław Epstein, nadał temu miejscu formę, którą znamy współcześnie. Pod koniec XIX wieku zdecydował się na radykalny krok. Rozbiórkę rodzinnej siedziby niemal do samych podstaw. Nowy pałac, zaprojektowany przez francuskiego architekta François Arveufa, wyrósł na dawnych fundamentach, zachowując jedynie sklepione piwnice jako ślad przeszłości. Była to nie tylko zmiana architektoniczna, lecz także symbol ambicji i pozycji właściciela – warszawskiego finansisty, który pragnął stworzyć rezydencję na miarę swoich czasów. Tak powstał pałac, który dziś znamy. W kolejnych latach majątek przechodził z rąk do rąk, a jego historia coraz silniej splatała się z losami okolicznych ziem. Na początku XX wieku pałac znalazł się w posiadaniu rodu Druckich-Lubeckich. Dalsze losy majątku odzwierciedlały burzliwą historię XX wieku. Po parcelacji w okresie międzywojennym część ziem trafiła do franciszkanów z pobliskiego Niepokalanów, a w czasie II wojny światowej pałac zajęli oficerowie niemieckiej Luftwaffe. Choć sam budynek uniknął większych zniszczeń, po wojnie jego funkcja uległa całkowitej zmianie – upaństwowiony, służył kolejno instytucjom związanym z rolnictwem i rehabilitacją. W XXI wieku rezydencja przeszła gruntowną renowację, jednak mimo odnowionej formy wciąż pozostaje miejscem niedostępnym dla zwiedzających, jakby nadal strzegła swoich tajemnic.

Sprawa o zabójstwo Włdysława ks. Druckiego-Lubeckiego

Książe Władysław Drucki-Lubecki urodził się w 1864 roku w Paryżu, w rodzinie o silnych tradycjach politycznych i finansowych – był wnukiem ministra skarbu Królestwa Polskiego, Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki. Wykształcenie zdobył na Uniwersytecie w Dorpacie, jednej z najważniejszych uczelni dla Polaków w zaborze rosyjskim. Ożenił się z Marią Zamoyską, z którą miał czworo dzieci. Jako zamożny ziemianin posiadał liczne majątki na terenach Grodzieńszczyzny i Polesia, a także angażował się w życie publiczne – w 1907 roku pełnił obowiązki prezydenta Grodna. Znany był również jako entuzjasta motoryzacji i inicjator środowiska automobilistów w Królestwie Polskim. W 1909 roku nabył dobra teresińskie od Mieczysław Epstein, czyniąc pałac w Teresinie jedną ze swoich głównych rezydencji. To właśnie tam toczyło się życie rodzinne i towarzyskie księcia – aż do kwietnia 1913 roku, gdy jego nagła i brutalna śmierć wstrząsnęła opinią publiczną i na długo przyciągnęła uwagę prasy w całym kraju. O morderstwo i zastrzelenie Władysława księcia Druckiego-Lubeckiego oskarżony został Jan Nepomucen Kamil Bisping przyjaciel księcia. Był to jeden z najdłuższych i najgłośniejszych procesów w Imperium Rosyjskim, a potem i w Polsce międzywojennej. Trwał z przerwami do 1928 r. Zostało przesłuchanych ponad 700 świadków, przeprowadzono najróżnorodniejsze ekspertyzy. Barona J. Bispinga bronili ówcześni najznamienitsi adwokaci.
Aby oddać ducha tej historii kryminalnej, cytuje za Stanisławem Szenicem:
„Opinia publiczna wciąż jeszcze żywo interesowała się sprawą Ronikiera, krytykując odwlekanie decyzji przez senat w Petersburgu, gdy Warszawą wstrząsnęła wieść o potwornej śmierci Władysława ks. Druckiego-Lubeckiego. Zwłoki księcia znaleziono w dniu 21 kwietnia 1913 roku w parku jego podwarszawskiej rezydencji Teresin. W ślad za przedstawicielami władz podążyli do Teresina specjalni sprawozdawcy pism stołecznych i przez szereg dni nawet komunikaty z frontu bałkańskiego szły w kąt, ustępując coraz to nowym szczegółom o ostatnich chwilach znanego arystokraty.
Korespondent “Kuriera Warszawskiego” pisał:
Otrzymawszy wiadomość o tragicznym zgonie Władysława ks. Druckiego-Lubeckiego wczoraj z rana udaliśmy się samochodem na miejsce zbrodni.
Teresin, rezydencja wielkopańska, z pałacem, stu włókami ziemi i parkiem mającym z górą czterysta morgów, położony jest przy szosie wolskiej, o pięćdziesiąt wiorst od Warszawy. Jednocześnie z nami przybyli do Teresina: gubernator warszawski baron Korff, pułkownik Fechner, radca prawny księcia mecenas Kazimierz Olszowski oraz przyjaciele zmarłego pp.: Czesław ks. Światopełk-Mirski, Tołłoczko, Chełmicki i Mroziński.
Dochodzenie sądowe było już wówczas w pełnym biegu, a prowadził je sędzia śledczy powiatu błońskiego p. Feliks Czerwiakowski.
Na podstawie przeprowadzonych wywiadów oraz stwierdzonych faktów jesteśmy w możności zgrupowania szczegółów następujących:
Przed chwilą krytyczną
Władysław ks. Drucki-Lubecki przez krótki czas bawił w Petersburgu, przyjechał zaś do Warszawy w sobotę, a już dnia następnego po południu w towarzystwie kuzyna ordynata Jana barona Bispinga, z którym łączyły go stosunki bardzo serdeczne, udał się do Teresina, który przekładał nad inne swoje rezydencje posiadane w Pińszczyźnie i Grodzieńskiem, jak: Szczuczyn, Stanisławów i Poniemuń. Dziwnym zbiegiem okoliczności z księciem jechał pociągiem również sędzia Czerwiakowski, który prowadzi obecnie dochodzenie sądowe.
W poniedziałek z rana słyszano, że książę, zawsze bardzo gościnny i niechętnie rozstający się z miłymi sobie gośćmi, zatrzymywał barona Bispinga, który ze swej strony zapewniał o konieczności wyjazdu z powodu terminowych interesów. Po południowym śniadaniu książę oświadczył, że według zwyczaju odwiezie gościa na stację, i kazał podać powozik zaprzężony w swoje ulubione klacze. Około drugiej po południu panowie udali się na przejażdżkę po rozległym parku, ponieważ pociąg miał odejść dopiero za półtorej godziny. Książę lubił sam powozić i nigdy, udając się na przejażdżkę, nie brał ze sobą stangreta. Tak się też i tym razem stało. Chwila odjazdu była ostatnią, w której służba widziała księcia żywego.
Znalezienie zwłok
Gdy wybiła godzina piąta, a książę nie wracał do pałacu, nieobecność jego zaczęła niepokoić służbę. Mogli wprawdzie myśleć, że powziął nagłą myśl wyjazdu do Warszawy, ale cóż stało się w takim razie z końmi? Tłumaczono sobie, iż może dziedzic udał się na dłuższą przejażdżkę, co zresztą czynił dość często. Ale o zmroku nastąpił fakt alarmujący: oto bażanciarz, obchodząc park, na wąskiej drodze przylegającej z jednej strony do parku, z drugiej do pola, za którym w odległości mniej więcej wiorstowej znajduje się stacja, ujrzał powozik książęcy i konie przywiązane do drzewa. W powoziku leżało futro księcia. Bażanciarz odprowadził zaprząg przed pałac. Wówczas cała służba stanęła na nogi i pod wodzą miejscowego rządcy, z latarniami i pochodniami, bo mrok już zapadł, pospieszyła na poszukiwania. Około godziny dziewiątej wieczorem, w odległości kilkudziesięciu kroków od miejsca, w którym były przywiązane konie, ujrzano księcia leżącego w takiej pozycji, jak gdyby spał…
Teren zbrodni
Gdy przybyliśmy na miejsce, zwłoki leżały jeszcze tak, jak je znaleziono. Książę, odziany w zielone ubranie myśliwskie, żółte getry i brązowe buty, leżał na prawym boku z głową wspartą na czapce, w pobliżu były rzucone: laska, okulary księcia oraz złoty zegarek z rozerwanym łańcuszkiem. Książę zwykł był nosić dwa zegarki, drugi znaleziono w kieszeni. Pierwszy z nich szedł, drugi zatrzymał się na godzinie 4 min. 15. Na rękach, zaciśniętych, popękane rękawiczki pokryte krwią. O krok dalej znaleziono skuwkę od laski. Na kilku białych brzózkach stwierdzono znaki krwawe, gdyż książę, słaniając się, widocznie chwytał się drzew. Innych śladów po deszczu całą noc trwającym nie znaleziono. Po odfotografowaniu zwłok złożono je na trzcinowym leżaku i przeniesiono do pałacu.
Wyniki sekcji
O godzinie drugiej po południu lekarz powiatowy dr Sokołowski rozpoczął sekcję. Długo trwało zmywanie krwi tak grubą warstwą pokrywającej głowę i twarz księcia, że rysów niepodobna było rozpoznać. Stwierdzono przede wszystkim na twarzy i łysinie kilkanaście ran tłuczono-ciętych, ale tak powierzchownych, iż żadna z nich nie mogła być bezpośrednim powodem zgonu. Dalej stwierdzono dwie rany postrzałowe zadane z broni palnej, jak się zdaje, małego kalibru. Oba strzały wymierzone były z tyłu i z bliskiej odległości, jeden z prawej strony kręgosłupa, drugi za uchem. Kula drugiego strzału wysadziła oko. Książę był słabej kompleksji i wybitniejszą siłą fizyczną nie rozporządzał. Wszystko zdaje się dowodzić, że zaatakowany znienacka usiłował się bronić, oceniwszy zaś niebezpieczeństwo (książę nie miał przy sobie broni), rzucił się do ucieczki. Wówczas padły strzały mordercy, oba śmiertelne.
Krzyk i strzały
O trzysta kroków od miejsca zbrodni pracowało kilka dziewcząt przy sadzeniu żywopłotu. Książę, objeżdżając w poniedziałek park, zatrzymał powozik przy pracownicach i kilka słów do nich zagadnął, a odjeżdżając zapowiedział swój powrót, celem wydania rozporządzeń. Dziewczęta opowiadają, że w jakiś czas potem zdawało im się, że usłyszały krzyk, a następnie strzały. Dodać należy, iż mówiły to, zanim stwierdzono ślady ran postrzałowych.
– Dlaczego nie pobiegłyście w kierunku strzałów? – zapytujemy jednej z nich.
– Myśmy tak zrobiły, ale zawróciłyśmy zaraz z obawy, żeby kogo nie spotkać.
Zresztą strzały w parku nie są zjawiskiem nadzwyczajnym: często się rozlegają, strzela się do jastrzębi, które zagrażają bażantom.
Czy książę był na stacji?
Funkcjonariusze kolejowi doskonale znający księcia utrzymują z całą stanowczością, iż w poniedziałek na stacji nie było go. Zazwyczaj odwoził swoich gości, sam kupował bilety, odprowadzał ich do wagonu, wychodząc zaś często zamieniał kilka słów ze spotkanymi pracownikami kolejowymi. Można przypuszczać, że obecności księcia na małej stacyjce nie mogli oni nie zauważyć.
Kto zabił?
Ohydne morderstwo, dokonane, jak wynika ze wszystkich danych, skrytobójczo, a jednak nie w celach rabunku, jest prawdopodobnie aktem zemsty.
Któż miał do niej powód?
“Władysław ks. Drucki-Lubecki, magnat dumny ze swojego rodu, był jednocześnie przystępny i charakteru łagodnego. Jeśli nawet uniósł się, to gniew jego trwał bardzo krótko. Dbając o zwierzostan, założył w parku wielką bażanciarnię, ale nigdy do zwierzyny nie strzelał. W niedalekim sąsiedztwie parku jest lasek, który do niedawna był własnością włościan, książę wobec tego, iż zwierzyna starannie hodowana przechodziła na terytorium sąsiednie, przedsięwziął komasację, a ponieważ miał rękę szeroką, obdarzył dawnych sąsiadów ziemią bardzo hojnie. Wkrótce po nabyciu (przed czterema laty) Teresina od p. Mieczysława Epsteina nosił się z myślą parcelacji; włościanie przywiązali się do tego projektu, dziedzic jednak z czasem zamiaru tego zaniechał, co oczywiście wywołało niezadowolenie. W ostatnich czasach znów była mowa o parcelacji pewnej części dóbr teresińskich.
Niedawno wydalono jednego ze strzelców.
Książę był bardzo lubiany przez służbę, którą przywiózł ze sobą z Litwy, mniejszą sympatią obdarzała go miejscowa, bo dawniej rozpuszczona, przez nowego dziedzica ujęta została w karby. W związku z powyższymi obserwacjami aresztowano wczoraj trzech włościan. Jak wynikało z tych ustaleń, istotne dane do sprawy mogły wnieść zeznania ordynata Jana barona Bispinga, w którego towarzystwie zmarły książę spędził ostatnie chwile. Władze śledcze stwierdziły, że Bisping powrócił z Teresina do Warszawy w dniu krytycznym o godzinie 7 min. 43 wieczorem i po krótkim pobycie w swoim mieszkaniu przy ulicy Hortensji nr 3 wyszedł na miasto.
Wieczór spędził ordynat w towarzystwie swojego plenipotenta, p. Zygmunta Marczewskiego; o godzinie dziesiątej wieczorem powrócił do mieszkania i zabrawszy walizę wyjechał na dworzec, skąd pociągiem o godzinie jedenastej wieczorem wyjechał do Grodna.
O tragicznym zgonie ks. Druckiego-Lubeekiego wysłano depeszę. Ordynat Bisping zaraz po jej otrzymaniu ruszył w drogę powrotną do Warszawy, dokąd przybył w środę 23 kwietnia o ósmej rano. Natychmiast udzielił władzom prokuratorskim szczegółów co do rozstania się z księciem Druckim-Lubeckim. Przejażdżka ich po parku trwała półtorej godziny. Spotkali na drodze dwóch jegomościów ubranych z waszecia i książę nawiązał z nimi rozmowę. Widząc, że przeciąga się ona zbyt długo, zwrócił się do kuzyna oznajmiając, że uda się na stację piechotą. Tak też uczynił, a książę pozostał z owymi jegomościami.
Na stację Teresin baron Bisping przyszedł już po odejściu pociągu (wychodzącego o godzinie 3 min. 14) i nie chcąc wracać do Teresina, bądź nudzić się na małej stacyjce podczas trzygodzinnego oczekiwania na pociąg, a będąc zawołanym piechurem – ruszył do stacji następnej (stacją następną w kierunku Warszawy jest Błonie, odległe od Teresina o 12 wiorst) i przybył do Warszawy pociągiem przychodzącym na Dworzec Kaliski o godzinie 7 min. 43.
Szczegóły te nie rzuciły światła na sam fakt tragicznej śmierci. Bisping pojechał do Teresina do trumny zmarłego przyjaciela. Po jego przybyciu prokurator Herszelman z sędzią śledczym Bezmienowem udali się na teren zbrodni. Ordynat Bisping wskazał dokładnie władzom śledczym całą drogę, którą przejechał z księciem Druckim-Lubeckim w dniu zabójstwa. Tam, gdzie ordynat z księciem zatrzymywali się dnia tego, władze śledcze interpelowały szczegółowo pana Bispinga. Miejsca zaś, gdzie znaleziono powozik i konie przywiązane do drzewa oraz zwłoki księcia, zbadano drobiazgowo. Ordynat Bisping potwierdził swoje zeznanie złożone prokuratorowi von Herszelmanowi w Warszawie, a mianowicie, że kiedy wracali alejką do szosy szerokiej i wygodnej, wiodącej z pałacu przez las i skręcającej następnie do Szymanowa, ordynat widział przejeżdżający szosą od pałacu wózek zaprzężony w dwa gniade kuce. Następnie spotkali dwu mężczyzn, z którymi książę wszczął rozmowę, po czym ordynat Bisping oddalił się w stronę stacji. Ordynat Bisping przypuszcza, że zabójców księcia mogło być dwu.
Dodać należy, że ilość kroków od miejsca, gdzie znaleziono powóz, do miejsca zbrodni wynosi 180. Zastanawiał się również p. Bisping nad szczegółem charakterystycznym, mianowicie w miejscu mordu widnieje odarta z gałązek i kory maleńka lipa, której książę, ugodzony śmiertelnie, chwycił się prawdopodobnie mocno rękoma, po czym padł na ziemię. Miejsce przy dróżce, od którego ordynat zawrócił w stronę stacji, oznaczono przytwierdzeniem na drzewku arkusza papieru”.
Śledztwo utknęło na martwym punkcie, władze gorliwie szukały zabójcy czy zabójców, ale błądziły po omacku, nie znając motywów, które mogły kierować ręką zbrodniarza.
W dalszym ciągu utrzymywały się dwie wersje: jedna o dwu “Mazurach” spotkanych przez ks. Władysława w parku, druga o tajemniczym panu, który pociągiem o godzinie 3 min. 14 wyjechał ze stacji Teresin. Ta druga jednak upada ze względów logicznych, bo skoro ordynat Bisping po rozstaniu się z księciem nie zdążył na ten pociąg, to tym bardziej nie zdążyłby ów tajemniczy jegomość, gdyby mordował księcia. Podróżny ten przestępcą być nie mógł i wersja o nim wikłała jedynie sprawę i tak bardzo ciemną.
Sprawą stale zajmowała się prasa. Wysuwano coraz to nowe hipotezy. Sporo miejsca zajęło też opisanie uroczystości żałobnych; zamordowanego księcia pochowano w jego dobrach dziedzicznych Szczuczynie, położonych niedaleko Grodna.
Niebawem sprawa otrzymała nowy zastrzyk sensacji; w nocy z 28 na 29 kwietnia dokonano w pałacu w Teresinie włamania. Nawet władze sądowo-śledcze przerwały na kilka godzin dochodzenie dążące do wykrycia morderstwa i zajęły się szukaniem złodzieja.
Ustalono, że po opieczętowaniu pałacu w Teresinie przez komisarza sądowego z Sochaczewa książęcy administrator Dażwański wyznaczył do pilnowania pałacu w nocy dwu stróżów, a na dzień jednego. Nadto w jednym z pokojów przyległych do kuchni, również opieczętowanej i odległej od pałacu o kilkanaście kroków, przebywało trzech strażników, z których jeden miejscowy. Ten ostatni miał obowiązek sprawdzania co pewien czas w nocy, czy stróże są na stanowisku. Zmiana stróżów odbywała się o godzinie szóstej rano. Dodać należy, że pałac otacza szeroka aleja posypana żwirem. Chodzenia po tej alei w obuwiu, zwłaszcza w nocy, nie można nie słyszeć. Złodziej pokonał tę przeszkodę dostawszy się do pałacu boso, o czym świadczą ślady stopy bosej na parapecie wąskiego dwuszybowego okna, przez które wszedł do pokoju przeznaczonego na garderobę dla gości. Okienko to było podwójne, od wewnątrz pokoju nie zamknięte, tak że złodziej wybił tylko jedną szybę zewnętrzną na dole, co oczywiście znacznie ułatwiło wejście do pałacu. Musiał on być dokładnie obznajmiony z rozkładem mieszkania, a przede wszystkim z położeniem gabinetu księcia – wiedział dobrze, że tylko obraną przez siebie drogą najłatwiej dostanie się do wnętrza. Wejście boczne z pokoju toaletowego do przylegającego doń gabinetu nie przedstawiało wielkich trudności, tym bardziej że złodziej zaopatrzony był w łom żelazny, długości około dwudziestu cali, zwany w narzeczu złodziejskim “szabrem”, nadający się znakomicie do podważania drzwi. Zaznaczyć należy, że drzwi z pokoju toaletowego do gabinetu były od środka obite materią, tak że złodziej, pchnąwszy je, rozdarł sukno i przedostał się przez wąski otwór.
W gabinecie księcia stały: biurko dębowe i trzy szafki, gdzie znajdowały się różne skrytki i szufladki, słowem: urządzony był do przechowywania dokumentów księcia, kosztowności i pieniędzy, w szafkach znajdowała się nadto broń myśliwska.
Dodać należy, że biurko księcia zaraz po dokonaniu zbrodni opieczętowały władze, zleciwszy pieczę nad nim naczelnikowi powiatu sochaczewskiego. Nawet najbliższej rodzinie księcia nie pozwolono zabrać dokumentów. Opasane taśmami biurko było w pierwszych dniach po śmierci księcia strzeżone przez strażników.
Do gabinetu przylegał pokój, w którym przechowywano srebra księcia, ubranie, futra i inne wartościowe przedmioty. Z gabinetu prowadziło przez szerokie drzwi wyjście na półokrągły balkon z trzema kolumnami na wysokości półtora metra od ziemi. Złodziej więc musiałby wdrapać się na balkon wsparty na kamieniach ciosowych, która to czynność, dokonana boso, nie przedstawiała żadnych trudności.
Oględziny porozrzucanych na podłodze papierów i jednej z szuflad, znalezionej na środku gabinetu, świadczą, że złodziej przede wszystkim szukał dokumentów. Robił to przy świetle lampy i latarki elektrycznej, gdyż na obu były ślady zapalania ich. Porozdzierane koperty świadczą, że nocny przybysz skrupulatnie przeglądał wszystkie papiery, jakie znajdowały się w szufladach. Nie wiadomo jednak, czy i jakie papiery interesowały złodzieja, który z taką śmiałością dostał się do gabinetu. Pootwierał on również wszystkie szkatułki, skrytki, szafki, słowem: ani jednego przedmiotu lub sprzętu nie pozostawił bez zbadania. Tak drobiazgowa praca musiała zająć co najmniej godzinę. Długa obecność złodzieja w gabinecie przy świetle latarki i lampy, zapalanych kolejno, śród nocy widnej, gwiaździstej, wydaje się czymś niezwykłym. Co robili dwaj nocni stróże? Czy ani razu przy obchodzeniu pałacu nie zatrzymali się z prawej, południowej jego strony? Czy nie słyszeli żadnego szmeru w gabinecie i nie dostrzegli światła? Na wytłumaczenie tego dodać można, że złodziej prawdopodobnie opuścił drewniane żaluzje i pozamykał okiennice. Stróże opowiadają, że po kilkanaście minut odpoczywali na schodkach frontowych pałacu i że zdrzemnęli się nocy wczorajszej na chwilę po godzinie drugiej. Drzemka ta jednak musiała być mocna, skoro nie słyszeli brzęku rozbitej szyby. Strażnik, który miał kontrolować stróżów, niewątpliwie również nie pokazał się już po godzinie drugiej.
Stwierdzono, że łupem złodzieja stały się następujące przedmioty: broń angielska o jednym cynglu, broń dwunastokalibrowa z monogramem księcia, kupiona w Anglii, wartości 1500 rb., dubeltówka, również systemu angielskiego, kupiona w Warszawie, wartości 250 rb., mauzer dziesięciostrzałowy i brauning długi, dużego kalibru. Skradziono również 60 sznurków korali, kupionych przez księcia za granicą i przeznaczonych na podarunki dla dziewcząt folwarcznych, oraz pewną liczbę paciorków. Suma skradzionych pieniędzy nie jest pewna, gdyż złoto i srebro znajdowało się w rulonach, nie przeglądanych przy opieczętowywaniu biurka. Podobno gotowizna ta wynosić miała około 300 rb. W ogóle przy opieczętowywaniu gabinetu nie zrobiono dokładnego spisu znajdujących się w nim papierów i przedmiotów wartościowych.
Nie można było zatem ustalić, czy i jakie papiery oraz dokumenty zostały skradzione. Futra, ubrania i srebra znajdujące się w pokoju przylegającym do gabinetu pozostały nietknięte.
Obładowany tak bogatym łupem, nie pozostawiwszy również dość ciężkiego łomu, złodziej wyszedł przez drzwi na balkon, zsunął się na ziemię i nie zauważony przez nikogo, oddalił się aleją za pałacem, po czym ślady na piasku giną.
Rozbitą szybę w oknie zauważył przybyły na zmianę o godzinie szóstej z rana stróż dzienny Walenty Dzikowski i zaalarmował natychmiast szwajcara Wołowczyka nocującego w jednym z pokojów przy kuchni. Zawiadomiono również administratora Dażwańskiego. Doraźne, natychmiastowe poszukiwania nie dały żadnych wyników. Sprowadzona o godzinie wpół do drugiej po południu Mucha, suka policyjna, nie ułatwiła odnalezienia jakichkolwiek śladów złodzieja. Mucha nie okazywała nawet większej chęci odszukiwania śladów.
Pomiędzy godziną trzecią a czwartą po południu zarządzono obławę, w której wzięło udział około stu mężczyzn i kobiet ze służby folwarcznej pod kierunkiem starszego strzelca Ormana. Przeszukano dokładnie las, wszystkie zagajniki, a zwłaszcza park i rów, gdzie w wodzie z lewej strony Orman znalazł, jadąc z prokuratorami, łom żelazny.
Poza tym poszukiwań tych nie uwieńczył żaden inny wynik. Sprawca tajemniczej kradzieży pozostał nie wykryty.
Natomiast zwrot sensacyjny nastąpił w sprawie samego zabójstwa.” – ale o tym dowiecie się w kolejnym nr Miesięcznika PIN a także tu na naszej stronie internetowej. c.d.n
Marzena Cichewicz
Podobał Ci się ten artykuł? Wdzięczni będziemy za postawienie kawy autorce 🙂 lubi kawę i lubi pisać ciekawe historie. Zeskanuj kod lub kliknij w link:

Źródła:
1. Stanisław Szenic, Pitawal warszawski, 1958, t. II, s. 199-259
2. http://niniwa22.cba.pl/sprawa_o_zabojstwo_ks_druckiego_lubeckiego.htm
3. https://ostrowiecka.pl/pl/11_wiadomosci/788_reportaze/38104_saga-rodu-druckich-lubeckich-zdjecia.html
4.http://www.bkwiatkowski.pl/ogolna/309-103-rocznica-zabojstwa-ksiecia-wladyslawa-druckiego-lubeckiego-w-teresinie-21-kwietnia-1913-r.html
