KORUPCJA W SAMORZĄDZIE?

Temat daleki czy całkiem bliski?

Pisząc ten tekst, zdałem sobie sprawę, jak ogromnym zagrożeniem w pracy wójta, burmistrza, prezydenta miasta, starosty, marszałka, radnego – ale także zwykłego urzędnika – może być korupcja. Nie ta wielka, rodem z politycznych thrillerów. Nie walizki pieniędzy przekazywane w hotelowych pokojach. Znacznie groźniejsza jest korupcja codzienna. Lokalna. Taka, która nie zawsze wygląda jak przestępstwo, a czasem bywa wręcz uznawana za coś normalnego. Dziś tylko fragment większego tematu – o relacjach samorządu z prywatnymi dostawcami towarów i usług.

Daleko czy blisko?

O korupcji słyszymy często. Na Ukrainie. W Rosji. W Warszawie. Gdzieś daleko od naszego urzędu, naszej gminy, naszego powiatu.

Ale czy na pewno?

Międzynarodowa organizacja Transparency International co roku publikuje Indeks Percepcji Korupcji. Skala wynosi od 0 do 100 punktów, gdzie 0 oznacza najwyższy poziom postrzeganej korupcji, a 100 – najwyższą odporność państwa na takie zjawiska. W 2024 roku najlepiej oceniono Danię (90 punktów), Finlandię (88) i Singapur (84). Na końcu zestawienia znalazły się między innymi Wenezuela, Somalia i Sudan Południowy.

A Polska? 53 punkty. To wynik daleki od katastrofy, ale równie daleki od powodów do dumy. Jesteśmy mniej więcej w połowie drogi między państwami uznawanymi za wzór przejrzystości a tymi, w których korupcja stanowi poważny problem systemowy.

Podobne wnioski płyną z analiz dotyczących odporności instytucji publicznych na zagrożenia korupcyjne. Wciąż mamy wiele do zrobienia. Co ciekawe, problemem nie jest wyłącznie sama korupcja. Równie niebezpieczne bywa społeczne przyzwolenie na jej drobne formy. Bo przecież wielu z nas słyszało zdania: „Każdy załatwia po znajomości”, „Trzeba sobie radzić”, „Przecież nic wielkiego się nie stało”, „To tylko drobna przysługa”.

I właśnie od takich drobiazgów często zaczynają się poważniejsze problemy. A drzwi do gabinetu włodarza zawsze otwarte.

Załóżmy – wyłącznie teoretycznie – że kandydat na wójta otrzymuje podczas kampanii wyborczej pomoc „życzliwych ludzi”. Może nie są to pieniądze przekazane wprost. Może ktoś wydrukuje banery. Ktoś udostępni lokal. Ktoś opłaci reklamę w lokalnym portalu. Ktoś zorganizuje catering na spotkanie wyborcze. Po wygranych wyborach pojawia się jednak pytanie: czy taka pomoc była całkowicie bezinteresowna?

Wdzięczność bywa kosztowna.

Czasem może chodzić o korzystną zmianę planu zagospodarowania przestrzennego. Innym razem o ulgę podatkową, przyspieszenie procedury, korzystną decyzję administracyjną czy dostęp do informacji przed innymi. Takie sytuacje nie są codziennością polskiego samorządu. Nie można też patrzeć na każdą współpracę przez pryzmat podejrzeń. Warto jednak pamiętać, że mechanizmy prowadzące do nadużyć nie pojawiają się nagle. Powstają stopniowo.

Lokalny klient – kura znosząca złote jaja

Samorząd jest dla wielu przedsiębiorców klientem idealnym. Stałym. Wypłacalnym. Przewidywalnym. Wyobraźmy sobie niewielkie miasteczko i dwie kwiaciarnie. Jeżeli jedna z nich zostanie nieformalnie uznana za „tę właściwą”, może przez lata obsługiwać większość uroczystości organizowanych przez gminę. A okazji nie brakuje. Kwiaty i wieńce wręczają wójtowie, przewodniczący rad, dyrektorzy szkół, kierownicy jednostek organizacyjnych. Do tego dochodzą jubileusze, święta państwowe, rocznice, uroczystości patriotyczne, znicze, dekoracje sal i wydarzeń. Druga kwiaciarnia może jedynie obserwować, jak publiczne pieniądze regularnie trafiają do konkurencji. A przecież mówimy tylko o kwiatach.

Złota lista usług

Potencjalnych obszarów zagrożeń jest znacznie więcej:

• dostawy opału i paliwa,

• remonty budynków,

• wymiana okien i dachów,

• budowa oraz naprawa dróg,

• wodociągi i kanalizacja,

• place zabaw,

• szkoły i świetlice,

• transport uczniów,

• catering,

• usługi restauracyjne,

• ogłoszenia w lokalnej prasie i internecie,

• materiały biurowe,

• środki czystości,

• odśnieżanie dróg,

• szkolenia,

• usługi BHP,

• przeglądy techniczne,

• organizacja dożynek, festynów i koncertów.

A do tego dochodzą obszary mniej oczywiste. Na przykład lokalne media utrzymujące się głównie z ogłoszeń i reklam zamawianych przez samorząd. Albo firmy szkoleniowe, które od lat otrzymują podobne zlecenia. Albo organizatorzy wydarzeń kulturalnych wybierani dlatego, że „zawsze to robili”.

Nie zawsze jest to korupcja. Czasem jest to rutyna. Czasem konflikt interesów. Czasem zwykłe przyzwyczajenie. Ale każda z tych sytuacji powinna skłaniać do zadawania pytań o przejrzystość i równe traktowanie. Korupcja nie zaczyna się od walizki pieniędzy.

Największym błędem jest wyobrażenie sobie korupcji wyłącznie jako przestępstwa opisanego w kodeksie karnym.

Korupcja często zaczyna się dużo wcześniej. Od przysługi. Od znajomości. Od przekonania, że „przecież wszyscy tak robią”. Od zgody na małe odstępstwo od zasad.

Dlatego walka z korupcją nie polega wyłącznie na ściganiu sprawców. Polega także na budowaniu kultury uczciwości i przejrzystości w życiu publicznym. Zwłaszcza w samorządzie, który jest najbliżej mieszkańców.

Bo korupcja nie przychodzi z hukiem. Przychodzi po cichu. I właśnie dlatego warto ją dostrzegać, zanim stanie się czymś zwyczajnym.

Urzędniczo-samorządowe pogaduchy

Postaw kawę autorowi. Link: buycoffee.to/urzedniczo-samorzadowe-pogaduchy

Archiwum
miesięcznik PIN
pozostałe wydania
miesięcznik PIN online

Niezależna gazeta lokalna

#projektbłonie #informacyjnie #niezależnie

Wszystkie prawa zastrzeżone. Copyright by   
projekt błonie