Decyzja zapadła – Urząd Miasta w Błoniu nie zmieni systemu elektronicznego dziennika. Zamiast Librusa, którego domagało się 105 nauczycieli z trzech szkół podstawowych w naszej gminie, pozostaje Vulcan. Odpowiedź urzędu, udzielona przez II zastępcę burmistrza p. Urszulę Tkacz, nie pozostawia złudzeń: argumenty finansowe, organizacyjne i techniczne przeważyły nad postulatami pedagogów.
Ale spójrzmy na sprawę z bliska. Nauczyciele mówią wprost: Vulcan jest toporny. Trudny w obsłudze, psuje się, a jego aplikacja mobilna nie spełnia podstawowych oczekiwań. Do tego dochodzą problemy z komunikacją i brak przejrzystości ocen. Krótko mówiąc – system bardziej utrudnia niż pomaga. Trudno się dziwić, że frustracja rośnie, skoro narzędzie, które powinno ułatwiać codzienną pracę, staje się dodatkowym ciężarem.
Urząd odpowiada jednak chłodną kalkulacją. Vulcan – przekonuje pani zastępca burmistrza Urszula Tkacz – integruje się z „Złotym Pakietem”, czyli innymi systemami administracyjnymi: kadrami, księgowością, sekretariatem. To oznacza oszczędności i uniknięcie podwójnych kosztów. Według urzędu awarie są incydentalne, a problemy wynikają raczej z braku przyzwyczajenia do systemu przez użytkowników. Co więcej, urząd przypomina, że system jest zgodny z wymogami MEN i RODO, a w innych placówkach, jak SP w Bieniewicach czy Przedszkole nr 3, działa bez większych skarg, a niezadowolonym proponuje dodatkowe szkolenia z obsługi programu Vulcan.
Czyli mamy klasyczny konflikt interesów: z jednej strony oszczędności i organizacja, z drugiej – codzienna praktyka i komfort użytkowników.
Do tego dochodzi jeszcze głos rodziców. Według lipcowej ankiety przeprowadzonej przez radną Cichewicz, aż 85% z nich woli Librusa. Argumenty? Prostota, przejrzystość, lepsza komunikacja. Urząd odpowiada: „nie dostaliśmy formalnych skarg”. Ale czy brak pism na biurku burmistrza rzeczywiście oznacza brak problemu?
Decyzja o pozostaniu przy Vulcanie jest więc częściowo zrozumiała – w końcu gmina ma obowiązek liczyć każdą złotówkę i akurat w tym przypadku robi to nad wyraz świetnie. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że zabrakło w tym wszystkim jednego: realnego dialogu. Zamiast rozważyć bilans kosztów i korzyści z perspektywy wszystkich stron – urzędników, nauczycieli, rodziców i uczniów – urząd postawił kropkę nad i, ucinając dyskusję. Czy to aby nie ignorowanie głosu społeczności?






