Samorząd to nie folwark

Do Pogaduch trafił ostatnio list od grupy radnych. Nie podam nazwy gminy. Nie podam nazwisk. Nie dlatego, że ich nie znam, ale dlatego, że w gruncie rzeczy nie są one najważniejsze. Bo kiedy czytałem ten list, miałem wrażenie, że podobny mógłby zostać napisany w wielu miejscach w Polsce.

Historia zaczyna się jak wiele innych.

Przychodzi nowa władza. Mieszkańcy mają nadzieję. Kończy się stary układ, zaczyna nowe otwarcie. Padają słowa o przejrzystości, dialogu, współpracy i szacunku dla mieszkańców. Potem jednak przychodzi codzienność. Urząd przestaje być wspólnotą ludzi wykonujących zadania publiczne, a zaczyna przypominać drużynę podzieloną na „naszych” i „nie naszych”. Jedni odchodzą. Inni przychodzą. Jeszcze inni po krótkim czasie również znikają. Coraz częściej liczy się nie to, co potrafisz, ale komu ufasz i kto ufa tobie.

Nie twierdzę, że tak jest zawsze. Nie twierdzę nawet, że tak jest w przypadku opisanym przez autorów listu. Ale warto zadać sobie pytanie: kiedy samorząd zaczyna skręcać w niebezpiecznym kierunku?

Moim zdaniem dzieje się to w chwili, gdy ktoś zaczyna mylić urząd ze swoją własnością.

W demokratycznym państwie – powtarzam to po raz setny – burmistrz nie jest właścicielem gminy. Wójt nie jest właścicielem urzędu. Starosta nie jest właścicielem powiatu. Są gospodarzami wybranymi na określony czas przez mieszkańców.

To ogromna różnica. Właściciel może oczekiwać bezwzględnego posłuszeństwa. Gospodarz powinien umieć wysłuchać także tych, którzy się z nim nie zgadzają. Tymczasem samorząd czasami wpada w pułapkę przekonania, że krytyka jest zamachem na władzę, pytanie jest atakiem, a głosowanie niezgodne z oczekiwaniami włodarza oznacza nielojalność. A przecież rada gminy nie została wybrana po to, żeby przytakiwać. Radni mają zadawać pytania. Mają analizować. Mają czasem poprzeć burmistrza, a czasem powiedzieć „nie”. To nie jest wojna. To właśnie jest samorząd.

Szczególnie dobrze widać to podczas debat nad raportem o stanie gminy i podczas głosowania nad wotum zaufania. Brak wotum zaufania nie oznacza końca świata. Nie oznacza również, że radni nienawidzą burmistrza. To po prostu sygnał: „Nie ze wszystkim się zgadzamy. Chcemy rozmawiać.” Problem zaczyna się wtedy, gdy zamiast rozmowy pojawia się obrażanie, szukanie winnych albo próby rozliczania tych, którzy zagłosowali inaczej. Jeszcze większym błędem jest przerzucanie politycznych sporów na pracowników urzędu.

Urzędnik nie odpowiada za wynik głosowania rady. Urzędnik nie odpowiada za polityczne decyzje włodarza. Urzędnik ma wykonywać swoje obowiązki zgodnie z prawem i służyć mieszkańcom. Mieszanie tych ról prowadzi donikąd.

Samorząd jest wspólnotą. Nie drużyną kibiców. Nie prywatną firmą. Nie folwarkiem.

  • Można wygrać wybory i przegrać zaufanie ludzi.
  • Można mieć większość i nie mieć autorytetu.
  • Można nagrać setki filmików, opublikować tysiące zdjęć i dziesiątki sukcesów, a mimo to nie usłyszeć tego, co mówią inni.

Bo prawdziwa siła samorządu nie polega na tym, że wszyscy mówią jednym głosem. Polega na tym, że potrafią rozmawiać także wtedy, gdy się nie zgadzają.

I może właśnie o tym warto sobie przypomnieć po kolejnej sesji absolutoryjnej, niezależnie od tego, czy odbyła się w dużym mieście, czy w małej gminie gdzieś na końcu mapy

Red. Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy

Postaw kawę autorowi. Link buycoffee.to/urzedniczo-samorzadowe-pogaduchy

Archiwum
miesięcznik PIN
pozostałe wydania
miesięcznik PIN online

Niezależna gazeta lokalna

#projektbłonie #informacyjnie #niezależnie

Wszystkie prawa zastrzeżone. Copyright by   
projekt błonie