Zastanawiam się czasem czy administracja publiczna nie stworzyła zupełnie nowej dyscypliny organizacyjnej. Nie chodzi o zarządzanie kryzysowe, kontrolę zarządczą ani budżet obywatelski.
Chodzi o sztukę nieudzielania informacji.
Brzmi absurdalnie? A jednak czasem można odnieść wrażenie, że przygotowanie odmowy udostępnienia informacji publicznej staje się przedsięwzięciem znacznie bardziej pracochłonnym niż samo udzielenie odpowiedzi.
Wyobraźmy sobie dwie sytuacje.
W pierwszej urzędnik odnajduje dokument, sprawdza, czy nie zawiera danych podlegających anonimizacji, przygotowuje kopię i przesyła ją wnioskodawcy. Czasem odpowiada jednym zdaniem: „Tak”, „Nie” albo wskazuje miejsce publikacji dokumentu w BIP. Sprawa zostaje zakończona.
W drugiej uruchamia się administracyjna machina.
Najpierw trzeba wykazać, dlaczego informacji nie można udostępnić. Powstaje projekt decyzji. Następnie uzasadnienie. Często pojawia się konsultacja z radcą prawnym. Dokument trafia do podpisu. Następuje doręczenie. Wnioskodawca wnosi odwołanie. Trzeba skompletować akta, sporządzić stanowisko i przekazać sprawę do Samorządowego Kolegium Odwoławczego. Jeżeli SKO uchyli decyzję, urząd analizuje jej uzasadnienie i… bardzo często rozpoczyna całą procedurę od początku. Czasem dochodzi jeszcze postępowanie przed wojewódzkim sądem administracyjnym. A po miesiącach proceduralnego maratonu okazuje się, że i tak trzeba wrócić do punktu wyjścia: odszukać dokument, dokonać anonimizacji i udzielić odpowiedzi.
To trochę tak, jakby ktoś przez godzinę tłumaczył, dlaczego nie ma pięciu minut na wykonanie prostego zadania. Oczywiście, nie każda odmowa jest bezzasadna. Ustawa o dostępie do informacji publicznej przewiduje sytuacje, w których organ może odmówić udostępnienia informacji. Ochrona prywatności, tajemnica przedsiębiorcy czy szczególne przypadki informacji przetworzonej mają swoje uzasadnienie.
Problem zaczyna się wtedy, gdy odmowa staje się rozwiązaniem domyślnym, a nie wyjątkiem wymagającym starannego uzasadnienia. Warto bowiem pamiętać, że każda decyzja odmowna kosztuje. Kosztuje czas urzędnika przygotowującego projekt. Kosztuje czas kierownika, sekretarza czy radcy prawnego. Pracę osób kompletujących akta i obsługujących korespondencję. Jeżeli sprawa trafia do SKO lub sądu administracyjnego, angażuje również pracowników tych instytucji. Wszystko to finansowane jest z pieniędzy publicznych.
Powstaje więc pytanie, które rzadko pada podczas dyskusji o dostępie do informacji publicznej: Czy ktoś kiedykolwiek policzył koszt odmowy? Nie koszt udostępnienia informacji.
Bo być może okaże się, że przygotowanie rozbudowanej decyzji odmownej, prowadzenie wielomiesięcznego sporu, odpowiadanie na odwołania i uczestnictwo w postępowaniach administracyjnych pochłania więcej czasu niż zwykłe, zgodne z ustawą załatwienie sprawy.
To paradoks administracji. W imię oszczędności czasu tworzy się procedury, które ten czas konsumują. W imię ochrony urzędu angażuje się kolejne instytucje publiczne. W imię walki z nadmiarem pracy wykonuje się jej jeszcze więcej.
Oczywiście zdarzają się wnioskodawcy składający dziesiątki czy setki wniosków. Zdarzają się przypadki nadużywania prawa do informacji. Takie sytuacje istnieją i nikt rozsądny temu nie zaprzeczy. Ale właśnie dlatego każda sprawa powinna być oceniana indywidualnie. Tego wymaga nie tylko zdrowy rozsądek, ale również orzecznictwo sądów administracyjnych. Sama liczba wniosków nie jest jeszcze dowodem nadużycia prawa.
Może więc warto spojrzeć na problem z innej strony. Nie pytać wyłącznie, ile czasu zajmuje udostępnienie informacji. Zapytać również, ile czasu kosztuje odmowa.
Bo jeśli po miesiącach sporów urząd i tak musi wrócić do początku oraz wykonać dokładnie tę samą czynność, od której próbował uciec, to trudno oprzeć się wrażeniu, że największym zwycięzcą całego postępowania jest… biurokracja.
A przecież administracja publiczna nie została powołana po to, aby doskonalić sztukę odmawiania. Jej zadaniem jest sprawne wykonywanie prawa.
I być może właśnie dlatego najdroższą informacją publiczną nie jest ta, którą udostępniono.
Najdroższa jest ta, której przez wiele miesięcy próbowano nie udostępnić. Bo tu mamy bezinteresowną zawiść. A nawet czasem “interesowną”.
Postaw kawę autorowi. Link buycoffee.to/urzedniczo-samorzadowe-pogaduchy
Urzędniczo-samorządowe Pogaduchy
